Koty Marmaris

Zgiełk. Hałas. Trzydziestostopniowy upał. Uporządkowany chaos aut, skuterów i pieszych. Nieustanny dialog klaksonów przerywający szum ulicy. W porcie atakowała decybelami wytrzymałości muzyka dobiegająca z kolejno cumujących statków z turystami.

Niebo przesłoniły chmury. Niesione lekkim wiatrem spłynęły prosto z gór. Po pary minutach zrobiło się ciemno. Zaczęło padać. Podobno pierwszy raz od trzech miesięcy. Miliardy kropel szybko zmyły kurz upału. Turyści wypędzeni z promenady strachem przed zmoczeniem całymi grupami szukali schronienia na uliczkach zadaszonego bazaru wśród wszelakiej obfitości: lacostów, hilfingerów, wranglerów, nordfejsów, bossów i guccich… A na cokole pomnika, lekko się uśmiechając, nieco zdziwiony Mustafa Kemal Atatürk osłaniając twarz ręką uniesioną do czoła wyglądał słońca na ołowianym niebie.